Po pierwsze: Rada Miasta!

To Rada Miasta ma decydować o kierunkach rozwoju miasta. To Rada powinna, widząc miasto jako całość, powinna programować jego zrównoważony rozwój. To rada wytycza priorytety, a prezydent, mając do dyspozycji aparat urzędniczy, powinien te cele realizować. To rada powinna sprawować kontrole nad tym, jak prezydent powierzone zadania wykonał. I dlatego właśnie rada powinna być miejscem twórczej, pogłębionej i rzetelnej dyskusji o mieście.

Dlaczego w Gdyni tak nie jest?

Bo Rada Miasta Gdyni od wielu lat dała się podporządkować woli i decyzjom Prezydenta Gdyni, sprowadzając się do roli wykonawcy decyzji podjętych w innym miejscu.

Bo Rada Miasta, w której bezwzględną większość ma prezydencka „Samorządność” nie musi dla swoich decyzji szukać sojuszników, więc nie musi do nich przekonywać, ich uzasadniać ani posiadać merytorycznych argumentów. W zasadzie – żadnych argumentów, skoro można po prostu zgodnie podnieść ręce i zamknąć temat. To, co wielu w Gdyni się podoba: sprawność i szybkość działania rady miasta, de facto oznacza brak refleksji i twórczej dyskusji: ręce rzeczywiście można podnosić szybko i sprawnie.

Bo Samorządność zgodziła się na to, że źródłem decyzji o mieście, ale niestety także o tym, co dzieje się w radzie, a nawet, kto będzie nią kierował, jest Prezydent Gdyni Wojciech Szczurek. Z jednej strony to on, odwołując się do tego, że Samorządność to zespół ludzi, którzy działają wspólnie, ingeruje w decyzje personalne w radzie, z drugiej zaś strony – samodzielnie wyznacza wiceprezydentów, w ogóle nie konsultując tego z radnymi, uznając, że to jego samodzielne prawo jako prezydenta. Innymi słowy: „co wasze, to nasze, a co moje – to moje”. O tym, że w Gdyni stanowisko wiceprezydenta obejmie Katarzyna Gruszecka – Spychała, większość radnych Samorządności dowiedziała się godzinę przed sesją. Dyskusji ani okazji do wyrażenia opinii oczywiście nie było.

Mamy w Gdyni sytuacje, gdy Przewodnicząca Rady Miasta Gdyni Joanna Zielińska mówi i myśli o prezydencie jako swoim szefie, co definiuje sytuacje i odbiera radzie pozycje podmiotu i partnera w dyskusji o Gdyni. To sprawia, że to Prezydent Gdyni jednoosobowo decyduje, czy Przewodnicząca Rady Miasta może wstrzymać się od głosu, lub zagłosować zgodnie z własnym sumieniem. A decyduje, że nie może – i wtedy jej pozostaje z zaciśniętymi zębami wykonać polecenie „szefa”. To zupełna aberracja.

Bo Samorządność godzi się i akceptuje, by fundamentalne decyzje, np. o odwołaniu z funkcji Przewodniczącego Rady Miasta, podejmowali między innymi wiceprezydenci, prezesi miejskich spółek komunalnych czy Marek Łucyk – szef Gdyńskiego Centrum Sportu. To tak abstrakcyjne i zaprzeczające podmiotowości rady miasta, że aż trudno uwierzyć.

Bo radni Samorządności przestali myśleć o dobru Gdyni, podstawową motywacją stała się potrzeba akceptacji, przynależności, bycia w grupie – i znalezienia się znów na liście. Liście, układanej i zatwierdzanej jednoosobowo przez Prezydenta Szczurka. Zatem losy radnych, kontrolujących prezydenta, zależą od prezydenta.

Dlatego nie mogłem tam dłużej być. To te sytuacje, które miał na myśli Zbigniew Herbert:

„To wcale nie wymagało wielkiego charakteru
mieliśmy odrobinę niezbędnej odwagi
lecz w gruncie rzeczy była to sprawa smaku
Tak smaku 

który każe wyjść skrzywić się wycedzić szyderstwo choćby za to miał spaść bezcenny kapitel ciała
głowa”

W Gdyni potrzeba nam wielu zmian. By one mogły się wydarzyć, potrzebny jest Prezydent uznający podmiotowość rady miasta i szanujący jej autonomie i jest potrzebna Rada Miasta składająca się z ludzi niezależnych w poglądach, mających odwagę i gotowość bronienia swoich racji i dyskutowania o nich. Potrzebni są radni, którzy podejmując decyzje, kierują się dobrem mieszkańców i Gdyni, a nie – aprobatą Wojciecha Szczurka. Potrzebni są radni, którzy się nie boją, mają odwagę i są bezkompromisowi w sprawach Gdyni. Wierzę, że takie właśnie osoby zaproponuje Ruch Miejski Wspólna Gdynia.