O rozmowie i współpracy

Moją wielką siłą i – moim zdaniem zaletą – jest umiejętność rozmowy z ludźmi o często zupełnie innych poglądach niż moje. Żyjemy w czasach, gdy ludzie uwielbiają przylepiać etykietki i w prosty sposób porządkować rzeczywistość: „prawica – lewica”, „PiS – antyPiS”, „katol – ateusz”, „za – przeciw”.

Mi ten podział nie odpowiada, bo każdy szybki i kategoryczny podział jest uproszczeniem, często niesprawiedliwym.

Warto przekraczać podziały, nie warto siedzieć w okopach, trzeba pytać, słuchać, rozmawiać i – rozumieć.

Wielu z nas otacza się wyłącznie osobami o podobnych poglądach i przekonaniach, a potem uznaje, że wszyscy myślą tak samo. Ja uważam, że ludzi, którzy myślą inaczej niż my, warto słuchać, bo mogą coś wnieść do naszego myślenia, albo pomogą nam utwierdzić się w naszych przekonaniach, albo je zmienią choć trochę – i nic w tym złego.

Zamiast okopów – wolę mosty.

I dziś, gdy wiele osób wypomina mi 4 miesiące pracy biurowej dla posła Marcina Horały z PiS, uznając, że to upoważnia ich do przylepiania mi stosownej etykietki, uważam to za słabe i niskie i za uprawianie polityki plemiennej.

Tak, można pracować dla posła, wypełniając PITy i naliczając składki na ZUS, nie będąc z tego samego plemienia i mając inne poglądy. Bo ludziom trudno uwierzyć, że ludzie mogą się lubić i szanować mając inne poglądy, że, tocząc spory przez kilka lat w radzie miasta, mogą zaprosić się nawzajem do domu i rozmawiać, uznając istniejące różnice.

Bo ludziom jest trudno uznać, że ktoś, kto myśli inaczej, zasługuje na szacunek.

Prościej uznać go za osobę jednoznacznie negatywną i obrzucić inwektywami. Też w to nie gram. W gronie moich znajomych są osoby o bardzo różnych poglądach – na świat, na Polskę, na politykę czy ekonomię i te różnice nas nie zabijają.

Bo można mieć różne poglądy, ale budować nie na różnicach, a na wspólnocie. Można szukać i akcentować tego co inne, a ja wole poszukiwania tego, na co się zgadzamy. Nic wiec dziwnego, że w moim sztabie są osoby, które zapewne inaczej nigdy w życiu by się nie spotkały i nie miały okazji pracować wspólnie – a teraz połączył je wspólny cel:

zmiana w Gdyni, która JEST MOŻLIWA,

ale tylko wtedy, gdy się zmobilizujemy i będziemy działać wspólnie.

Wiec mam prośbę: zanim przylepisz komuś (może i mi) etykietkę, zastanów się, co to daje, komu pomaga i co jest w tym konstruktywnego. Na pewno będą tacy, którzy się ucieszą, że ta plakietka tak sprawnie przywiera – ale co to ma wspólnego z dobrem Gdyni?

Wiec odpowiadam: nie jestem człowiekiem Marcina Horały, choć dla niego pracowałem, nie jestem człowiekiem Wojciecha Szczurka, choć 18 lat współtworzyliśmy „Samorządność’, nie jestem człowiekiem Marcina Strzelczyka, z którym 20 lat temu startowałem wspólnie z tej samej listy do rady miasta, nie jestem człowiekiem firmy, dla której zawodowo pracuje, parafii, do której należę, uczelni, na której wykładam – jestem sobą: z wadami, zaletami, wewnętrznymi wątpliwościami, pytaniami, ciekawością świata i szacunkiem dla innych ludzi, także o zupełnie innych poglądach niż moje.