Czy na listach Samorządności nie ma wartościowych ludzi?

OCZYWIŚCIE, ŻE SĄ.

Wśród kandydatów są: mój serdeczny przyjaciel, jeden z moich harcerskich wychowanków i następców, człowiek, który nakłonił mnie do kandydowania po raz pierwszy, kilka ambitnych i wartościowych osób, między innymi z rad dzielnic, osoby, które sam do kandydowania kiedyś skutecznie namówiłem. Są też osoby, o których trudno byłoby mi powiedzieć coś z entuzjazmem, ale chodzi o coś innego.

KŁOPOT JEST TAKI, ŻE NAPRAWDĘ NIE MA ZNACZENIA, KTO JEST NA TYCH LISTACH.

Młodszy czy starszy, bardziej doświadczony czy mniej, ten, którzy przyszedł z troski o miasto czy ten, któremu zależy na bankietach, rautach czy prestiżu, ten, który widzi miasto jako całość i ten, który dostrzega tylko swoją ulicę i szkołę, w której uczy – każdy z nich będzie miał tak samo ograniczony wpływ na zapadające decyzje.

W Samorządności decyduje klub – co na końcu i tak zawsze oznacza prezydenta i wąski krąg pretorianów. Nie zdarzyło się w historii, którą obserwowałem lat 19, by jakakolwiek decyzja została przeforsowana wbrew prezydentowi – że miał inne zdanie, ale został przegłosowany itd. Nigdy tak nie było. Kluczowe decyzje i tak są przegadane przed klubem, by pretorianie jasno wiedzieli, która z opcji jest tą, którą należy wesprzeć. Jeśli pojawia się jakaś nieznana wcześniej propozycja, to i tak adiutanci czekają na pierwsze słowa lub gesty szefa, by wiedzieć, jakie zająć stanowisko i kogo wesprzeć w dyskusji.

Jeśli są decyzje, które powinna podejmować rada, to podejmuje je klub, bo przecież „jesteśmy drużyną”, jak mówi klasyk. Dlatego decyzje o odwołaniu mnie z funkcji Przewodniczącego Rady Miasta podejmował m.in. prezydent, czwórka jego zastępców i trójka szefów gdyńskich spółek – choć formalnie nie mają w tej sprawie NIC do powiedzenia. Natomiast jeśli chodzi o decyzje prezydenta, wtedy nie ma już drużyny. Na przykład, jeśli chodzi o powołanie zastępców: poznaliśmy ich w dniu pierwszej sesji. Nie konsultował, nie tłumaczył – powołał i poinformował. Czyli: „co wasze to nasze, a co moje to moje”. Tak to działa i działać będzie nadal.

Nie będzie miejsca na indywidualne zdanie, sumienie ani decyzje. Klub na zewnątrz ma być monolitem. Dyskutować szczerze i do bólu można na klubie (potwierdzam jako inicjator wielu z nich i żarliwy dyskutant!), ale potem zapada decyzja i należy pokazać jedność, bo to oznaka siły.

Nie ma zgody na wahania i sprzeciwy. Nawet w sprawach sumienia, czego dowiodło głosowanie w sprawie in vitro. Przewodnicząca rady nie mogła zagłosować zgodnie z tym jak czuje i uważa, bo. prezydent się nie zgodził. Przewodnicząca rady w sprawie należącej wyłącznie do kompetencji rady prosi prezydenta o zgodę na głosowanie zgodnie z własnym sumieniem – a on się nie zgadza. Tyle na temat autonomii rady! Tak, to ta przewodnicząca, która o prezydencie myśli i mówi: „Szef”. Samorządność w radzie miasta to zgoda na to, że rada nie działa, nie decyduje, nie kreuje – wykonuje decyzje prezydenta i najbliższego grona współpracowników.

To nie rada wybierze swojego przewodniczącego – rada przeprowadzi procedurę wybrania osoby wskazanej wcześniej przez prezydenta i umiejętnie narzuconej klubowi. Tak było zawsze i zawsze działało, nawet w 2010 roku, gdy prezydent zażyczył sobie, by radzie przewodniczył radny, który nie został wybrany w pierwszym podejściu. Dokonał wtedy konstrukcji złamania kręgosłupa wszystkim i upokorzenia aktualnej przewodniczącej: wymyślił, że rada to ją wybierze, a ona natychmiast po wyborze zapowie swoją rezygnacje, by rada na kolejnym posiedzeniu mogła wybrać Stanisława Szwabskiego, gdy już zajmie opróżnione po jednym z wiceprezydentów miejsce w radzie. I tak się stało.

Tak – podbita i zdewastowana Rada Miasta Gdyni była do tej pory polem całkowitego swobodnego harcowania przez prezydenta. Oczywiście, w ramach przewidzianych prawem procedur, które te atrapę demokracji stworzyły. Ale, jak rozumiem, w imię pełnej kontroli, warto było.

Jest jakieś miejsce dla radnych? Jest. Temu pozwolą zaproponować miejsce do postawienia grilla, inny podpowie chodnik do zrobienia w ramach puli, którą dostał ZDiZ, a temu bardziej zaprzyjaźnionemu pozwolą opowiedzieć na konferencji o rozbudowie przedszkola, którą decyzje podjął wprawdzie prezydent, ale radny może mieć swoje 5 minut. Ktoś przedstawi na sesji projekt uchwały, ktoś inny odsłoni tablice, a nawet w imieniu mieszkańców powalczy o drobny lokalny temat – tak, to jest możliwe.

Wnioski? Jeśli nadal, mimo tego wszystkiego co się w Gdyni dzieje i nie dzieje, zamierzacie głosować do Rady Miasta na Samorządność, to naprawdę nie ma znaczenia na kogo. Może lepiej na tych z mniejszym potencjałem – i tak by go nie wykorzystali, a ich frustracja będzie przynajmniej mniejsza. Jeśli macie obyczaj głosowania na ludzi, którzy mieszkają w waszym okręgu, to takich też znajdziecie, choć niekoniecznie na pierwszych miejscach. Tam, gdzie potrzeby są największe, tam „jedynki” z Samorządności mają z tymi terenami najmniej wspólnego.

Gdyby jednak interesowała Państwa realnie decydująca rada miasta, która jest dla prezydenta partnerem a nie – wykonawcą poleceń – głosujcie na każdą inną listę. Jasne, że moim zdaniem najlepsza jest WSPÓLNA GDYNIA, ale każda, poza SWS, daje nadzieję na szanowanie autonomii rady.

Wśród rzeczy, których można być ABSOLUTNIE PEWNYM, jest to, że Samorządność mając większość w radzie, świadomie czy nie, znów zgodzi się na jej pełne i bezrefleksyjne podporządkowanie prezydentowi.